Ultra Race Silesia – Classico

Dziś ten każdy obrót korby to już wspomnienia, do których będę wracać przez długie miesiące.

Kładąc się spać w piątkową noc, w głowie kłębiło się tyle myśli. Czy wszystko przygotowałem, co jeszcze zabrać, a co będzie niepotrzebnym balastem. Czy wytrzymam tyle godzin. Czy przerzutka się rozpadnie? Ciężko było zasnąć, a każda godzina snu zwiększała szansę na ukończenie wyzwania. Choć URS to wyścig gravleowy, ja traktowałem go jako osobiste wyzwanie. Pojechać dalej niż kiedykolwiek przejechałem. Zwiedzić Śląsk w tempie wyścigowym. Sprawdzić co jest za zakrętem, za którym jeszcze nigdy nie byłem. Wytrzymać.

Ultra Race Silesia to część ogólnopolskiej serii Ultra Race Series, składającej się na pięć wyścigów. https://ultraraceseries.pl/
UR Roztocze, Silesia, Dolina Bugu, Podlasie, 900
Właśnie w tym roku wystartowała pierwsza edycja 900 kilometrowej wyprawy przez kilka województw. Ten wyścig pokrywał się metą z naszym, w Tychach. W piątek kiedy odbierałem pakiet startowy, rozmawiałem z jedym z uczestników, tuż po ukończeniu tego morderczego wyścigu. Pełnego deszczu i błota.
Gość wyglądał jak zombie ale w zmęczonych, przekrwionych oczach było widać błysk radości. Ja też tak chcę.

Ultra Race Silesia to dwa dystanse Picollo – 164 km i Classico – 327 km i czas na ukończenie 36 godzin. Ja oczywiście zapisałem się do Classico, od razu na głęboką wodę.

Obudziłem się o piątej rano, średnio wyspany ale podniecenie dodawało kilka godzin snu. Poranek pełny rytuałów, jak przed każdą jazdą. Prysznic, słodkie lekkie śniadanie, pakowanie sprzętu i ubieranie się, smarowanie tyłka kremem, nakarmienie kotów. Ostatnie sprawdzenie listy i w drogę na linię startu. Startowaliśmy znad jeziora Paprocany w Tychach. Już na parkingu wiedziałem, że jestem we właściwym miejscy. Są rowery i ultrasi, szykujący swoje maszyny. Rozmawiam chwilę ze znaną w środowisku Mambą on Bike. A ja jadę pierwszy dopiero pierwszy raz i cieszę się jak dzieciak. Ej ale gdzie jest ten start, jadę za dwoma uczestnikami i źle skręcamy, no nieźle się zaczyna. I nagle czas zwalnia. Tracker pobrany, ciśnienie w oponach sprawdzone i czekanie na swój start. Jest czas na pierwsze rozmowy, kto jedzie w mojej grupie (startowaliśmy w grupach ok 8 osobowych co pięć minut), spędzimy dziś razem sporo czasu. Czuć atmosferę startu, podniecenie, wesołe rozmowy, żarty i powitania. O 7.35 ruszają pierwsi, ale im zazdroszczę. Ja jadę w trzeciej, numer 213, o 7:45. Ruszamy!

W czasie odprawy na youtube zażartowałem, że zrobimy wesoły pociąg. I tak też się stało. Jedziemy w sporej grupie, chwilami jedzie nas ósemka. Grupa jednak się miesza, kogoś doganiamy, ktoś odpada. Doganiamy tych przed nami i jesteśmy doganiani przez szybszych z tyłu. Co chwila lecą też rozpędzone pociągi z krótkiego systansu. Oni mogą sobie pozwolić na szybsze tempo. Słyszę, chyba od Bartka „no to pierwsze 10 za nami teraz jeszcze 31 takich dziesiątek”, dystans przytłacza, ale jazda w grupie, widoki odganiają myśli o statystykach. Nie zerkam na kilometry, moc, tętno, jedynie na ślad wijący się niczym nowa rzeka na Śląsku. Chwilami lecimy trzy dychy po płaskim, za szybko. Po chwili wspinamy się na kolejną górkę. Tak jak mijają kolejne godziny, tak mijają kolejne miasta i widoki. Goście podziwiają jak piękny i zielony jest Śląsk. Zachwycają się też przemysłowym klimatem i architekturą. Pierwsze wyzwanie to wjazd na hałdę Skalny. Już tam kiedyś byłem, udało się wjechać. A dziś, za szybko na początku, za gorąco i mamy pierwszy wypych. Widok jest fantastyczny. Sztuczna płaska góra jakich wiele na Śląsku. Pierwsza przerwa, trzeba się rozebrać, bo robi się upalnie. Cały tydzień deszczy, utrudniających przygotowania a dziś piękna słoneczna pogoda. Lecimy dalej, Tarnowskie Góry, Piekary, Chechło, Rogoźnik, Bytom, Sosnowiec, Czeladź, Nikiszowiec. Zbliżamy się do pit stopu w Tychach. Jem, piję, rozciągam się, uzupełniam elektrolity. Krzyczę kiedy pokonujemy pierwsze 100 kilometrów. Pociąg rwie się, co chwilę ktoś zjeżdża do sklepu uzupełnić płyny, jest gorąco i parnie. Zaczyna brakować picia, aż tyle wypiłem – 4 litry na ok 160 km! Zatrzymuję się w sklepie, zimna woda w połowie leci na rozgrzaną głowę. Mija mnie czwórka, która przecież jechała przede mną, gdzieś się zgubili. Wjeżdzam na wzgórze Św. Klemensa, które znam, na którym byłem już tyle razy. Zdjęcie przy słupku mistrzów obowiązkowe. Żartuję, że mógłbym pojechać do domu nakarmić koty. W nagrodę szybki zjazd po polnych drogach.

Na pit stopie niczym profesjonalista, wymieniam bidony na pełne, uzupełniam bukłak. Sprawdzam radar pogodowy i wyrzucam ciepłe i przeciwdeszczowe ubrania, smaruję łańcuch woskiem. Rozmawiam z „finiszerami” z krótkiego dystansu. Patrzą trochę z podziwem, a ja na nich z zazdrością. Oni mają już swoją przygodę zamkniętą. Jadę dalej w stronę gór. Łapię po drodze Grzesia i sporą część czasu kręcimy razem. Jedziemy po trasie sławnego wyścigu Wisła 1200. NIe dałem rady przejechać przez sławny niebieski mostek, dumnie przeprowadzam rower. Grzegorz już w niej startował, opowiada, jakby to było wczoraj. Odzywa się lewe kolano. Śmieję się, że nareszcie lewe, nie prawe. Ból rośnie z każdym naciśnięciem na pedał. Musiałem gdzieś na zjeździe naderwać mięsień czworogłowy. Zjeżdżam do sklepu po przeciwbólówkę i zjadam pysznego loda. Taka chwila wytchnienia przed najtrudniejszym etapem. Rozmawiam z moim wiernym supportem. Dostaję tyle wsparcia ale i mobilizacji. Kto jest za mną, kto przede mną. Goń ich, dasz radę, będzie ci łatwiej w grupie. Pcha kropka od rana. Jadę dalej zaczynają się górki, okolice Bileska Białej. Doganiam Krystiana i Przemka i jedziemy razem. Czuję się jakbym spotkał dawno nie widzianych przyjaciół. Kolejne podjazdy odbierają oddech i siły. Idziemy pod kolejną górkę, na którą mamy już za słabe nogi. Nie wiem czy podjechałbym pod 27% nawet na świeżo.

Na trasie mamy 16 podjazdów z czego część to potworki. Wjazd, spacer, szalony zjazd. Buty z karbonową podeszwą są sztywne i zdecydowanie nie nadają się na spacer po górach. A te nie chcą nas puścić.

Oberwało się organizatorom, że to nie trasa gravelowa. Ja tej części nadałem dumną nazwę Beskid Mountain Race. Ale to nic nie zmienia, trzeba podejść i zjechać. Zapada zmrok, włączam lampkę. Jeszcze jej nie testowałem w nocy. Podkęcam lumeny i lecę w dół ponad czterdzieści na godzinę. Wiatr szumi w uszach, chłodzi głowę. Ostre hamowanie na zakręcie i …kolejny podjazd. Jadę sam, moje szaleństwo na zjazdach daje mi przewagę. W dzień bym tak szybko nie zjeżdzał, no wariat. I nagle zawiesza się nawigacja. Nie wiem gdzie jechać, jest ciemno. Z oddali dobiegają odgłosy imprezy, w powietrzu czuć zapach pieczonek. Pojawia się myśl – Dom = DNF. Siedzę na ziemi i walczę z garminem. No super nie zapisze mi pełnej trasy i rekordu. Śmieję się sam z siebie, jak absurdalna to była myśl w tej chwili, ale daje siłę, żeby wstać i zmierzyć się z kolejnym podjazdem. Tracę kolejne siedem minut. Dogania mnie Przemek, sam, Krystianowi totalnie zwariowała nawigacja i planował zjechać na nocleg (finalnie dojechał 5h po nas, nie poddał się). Jedziemy razem, tempo spada tak jak temperatura. Zatrzymujemy się na stacji żeby zjeść coś stałego i słonego. Udaje nam się kupić żółty ser i zerówkę. No kolacja mistrzów i pierwszy stały posiłek od piętej rano.

Zbliżamy się do Pszczyny. Przemek ciągle pyta o jakieś zapory i wały, to chyba zmęczenie. Wszystko mnie boli ale głowa uruchamia nieznane mi dątąd pokłady determinacji. Jestem tak daleko, dam radę. Obecność cierpiącego, na siodełku obok, kolegi dodaje otuchy. Mijamy zamek w Pszczynie i wjeżdżmy w lasy Kobióra.
Ile jeszcze – 10 kilometrów? Co słyszę 32…
Czas robi się gesty niczym kolejny żel. Ile minęło, godzina, a nie dopiero dziesięć minut. Na płaskich odcinkach kładziemy się na lemondki i milcząc suniemy niczym dwa ślimaki do celu. Oglądam się i zagaduję do Przemka, krzyczę ale nie odpowiada. Nie to nie on, to światła samochodu. Na polach robi się bardzo zimno, a zmęczone ciało nie chce już grzać. Teraz to chciałbym odrobinę tego rannego upału, na który tak narzekaliśmy.
Gdy po kolejnym pytaniu o dystans, słyszę 9, zalewa mnie fala radości. Wjeżdzamy na Paprocany, wiemy już, że się nam uda, choćbyśmy mieli iść. Ustalamy, że na metę wjedziemy razem i trucker zdecyduje o miejscu, nie będziemy się ścigać po takiej wspólnej przygodzie.

Na mecie światła, zdjęcia, medal, gratulacje. A my jakbyśmy przyjechali z innego świata. Ciało wyje z bólu, żołądek zaczyna się buntować od nadmiaru cukru. Chcemy do domu.

Michał #14 20:21:54s 327,06 km 16.06 km/h

Przemek #15 20:21:54s 327,06 km 16.06 km/h

Na parkingu pakowanie sprzętu do samochodu, przebieranie się. Ostatnie rozmowy i plany wspólnych kolejnych jazd. Świta. Do domu dotarłem po piętej rano w niedzielę. Oczywiście nie mogę zasnąć. Tyle myśli i wspomnień. Biorę jeszcze gorącą kąpiel i cieszę się ciszą. Brakiem szumu wiatru i terkotania napędu. Mam to, wreszcie mam to swoje pierwsze ultra.

Ostatnie cztery zdjęcia z oficjalnej galerii https://ultraraceseries.pl/galeria-silesia/

Dzielny Pomarańczowy Goblin po 327 km

Na mecie skończył się ten wyścig ale dla mnie otworzyła się zupełnie nowa droga. Już nie tylko do samotnych wypraw. Fajnie jest za tym zakrętem.

Zostaw odpowiedź

🔴O mnie

„Zamieniłbym całe swoje życie na jedno spojrzenie w oczy wilka”.
Nazywam się Michał Nojman [Kajman, Corax Ater]
Moje podróże – te małe i te duże – zawsze były dla mnie, ucieczką od codziennych obowiązków. Sposobem na oczyszczenie ale i odkrywanie tego co za zakrętem drogi. Gdy ciało pochłonięte jest ruchem, moja dusza ma czas, by tworzyć.

🔴Najnowsze wpisy

Odkryj więcej z Kadencja Duszy

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej